Bardzo długo nic nie pisałem, wiem. Przyczyny są dwie – brak czasu i brak cennej u blogerów umiejętności wrzucania postów praktycznie o niczym – sond, konkursów teledysków, zdjęć z jednozdaniowym opisem czy banałów, które można znaleźć gdzieś indziej. Niestety, nie umiem tak i dlatego piszę sporadycznie, ale za to sporo i zawsze od siebie. Tak lubię.
Koniec roku to tradycyjny czas podsumowań, także i na moim blogu. Aby było mi łatwiej pisać, a wam czytać, podzieliłem wpis na kilka bloków tematycznych. Enjoy!
Reprezentacja: Z małej chmury średni deszcz
BYŁO: W 2011 wchodziliśmy w fatalnych nastrojach – brak trenera, kac po Griszczuku, miejsce na ME przyznane przy stoliku. Najważniejszym wydarzeniem pierwszej połowy roku był jak zwykle wybór trenera. Decyzja o zatrudnieniu Alesa Pipana została przyjęta z rezerwą. Złożyło się na to kilka czynników. Jak zwykle „negocjacje i rozmowy” przeciągały się w nieskończoność, wypływały kolejne nazwiska (Repesa, Zdovc), a czasu było coraz mniej. W końcu, w myśl zasady „jaki pan, taki kram”, zatrudniono Pipana – trenera jak na Europę przeciętnego, który w Polsce furory nie zrobił. Słoweniec od początku miał pod górkę, bo dostał zespół wybrakowany – bez Gortata, Lampego, Logana, Ignerskiego, Szubargi i z wracającym po urazie Kelatim. Mimo to jego „kadra B” na Eurobaskecie zaprezentowała się przyzwoicie, a zwycięstwo z Turcją było wydarzeniem ogólnosportowym. Te wyniki skłoniły PZKosz do przedłużenia umowy z Pipanem. Na razie jednak wszystko pozostaje w sferze deklaracji. Strony niby są dogadane, ale podpisów nie ma. Jak zwykle.
CO DALEJ: Na mieście mówi się, że Polska ma w lipcu rozegrać dwa sparingi z Chinami w Warszawie, a także turniej w Trójmieście (Ergo Arena) z udziałem hm… jednej ekipy silnej i dwóch do ogrania. Jak zwykle wszyscy koszykarze deklarują, że reprezentacja to dla nich priorytet i jak zwykle słowa te można włożyć między bajki. Jeśli będą zdrowi i będzie im się to opłacać, przyjadą. Pewnie jak zwykle wszystko wyjaśni się za pięć dwunasta.
Zanim przejdę do podsumowania tego, co działo się w PLK i PZKosz, jedna arcyważna uwaga. Na całkowity obraz działań obu tych organizacji w sposób zdecydowanie negatywny (delikatnie mówiąc) rzutuje ABSOLUTNIE SKANDALICZNA decyzja o zwolnieniu Asseco Prokomu z pierwszej rundy, która dziwnym trafem zbiegła się z przedłużeniem przez Prokom umowy na sponsorowanie kadry. Ludzie, którzy się na to zgodzili, już na zawsze będą mieli w moich oczach skazę. Technokracja i biznes? Tak. Czyste ręce, sportowa rywalizacja? Absolutnie nie.
PLK: Przybyło pieniędzy, problemy zostały
CO BYŁO: Liga doprowadziła do końca rozgrywki sezonu 2010/11, a potem – po raz pierwszy absolutnie niezależnie od starych władz, od początku do końca – zaplanowała i prowadzi rozgrywki sezonu 2011/12. Hasłem przewodnim było wprowadzenie ligi kontraktowej czyli w skrócie trzy lata bezpiecznej gry w TBL dla klubów, które przejdą ostrą weryfikację budżetów, plus promocja Polaków. Założenia piękne (jak zwykle) ale rzeczywistość trzeszczy (też jak zwykle). Na półmetku ligi mamy dwóch bankrutów (Politechnika, ŁKS) oraz co najmniej kilka drużyn balansujących na granicy finansowej stabilności. Pozwala to stwierdzić, że przyjęty przed sezonem sposób weryfikacji budżetów okazał się w praktyce niewypałem. Udało się za to wprowadzić na parkiety wielu młodych polskich graczy, choć słusznie podnoszona jest uwaga, że to być może w większym stopniu zasługa ich talentu (rocznik 93’) i ubóstwa klubów niż ligi kontraktowej. Jedno (dla wszystkich, poza obowiązkowo optymistycznymi władzami ligi oczywiście) nie ulega wątpliwości – poziom rozgrywek, zwłaszcza w dolnej części tabeli, znacząco się po wprowadzeniu ligi kontraktowej obniżył. Mecze „rezerw i juniorów” to w Polsce norma, ale nie w trzecim miesiącu gry, tylko w kwietniu. Na plus można zapisać większą obecność ligi w TV (za pośrednictwem TVP Sport i PLK.TV) choć jakość tych transmisji wciąż pozostawia wiele do życzenia.
CO BĘDZIE: Dzięki wsparciu Taurona liga jest w tym momencie najbogatszym i najstabilniejszym finansowo koszykarskim ośrodkiem w Polsce. Dawno, bardzo dawno tak nie było. Ostatnio (a więc za czasów Lecha i Ery) środki wówczas uzyskane nie zostały zainwestowane, tylko przejedzone wspólnie przez wierchuszkę ligi i kluby, co ostatecznie doprowadziło do finansowej klęski PLK pod zarządem Janusza Wierzbowskiego. Czy obecna wyciągnie wnioski z tych błędów? Pytanie to pozostaje na razie bez odpowiedzi, ale lata doświadczeń każą zachowywać urzędowy pesymizm.
PZKosz: Było źle, będzie gorzej?
BYŁO: A właściwie miało być tak pięknie, a wyszło jak zawsze. Ekipa „Nowego PZKosz” pod wodzą Grzegorza Bachańskiego objęła władzę w lutym i po prawie roku swoich rządów straciła absolutnie cały (dodajmy, że niewielki) kapitał zaufania, jaki miała w styczniu u ludzi nie związanych z nią finansowo bądź stołkowo. Kula u szyi w postaci kobiecego Eurobasketu i długów, jakie ta impreza niosła za sobą, okazała się zabójcza. Faktem jest, że za powstałe przy okazji tych ME długi odpowiada przede wszystkim Roman Ludwiczuk, ale nowa ekipa widząc je, nie zrejterowała tylko zdecydowała się podjąć rękawicę. Dlatego teraz cierpi (co podkreśla na okrągło w mediach), ale pamiętajmy, że nie cierpi za darmo, a argumenty w stylu „poza koszykówką mógłbym zarabiać więcej” są fajne, ale niesprawdzalne i nie mogą być usprawiedliwieniem dla fury błędów i zaniechań. Pod koniec 2011 roku PZKosz jako organizacja nie ma żadnych znaczących sukcesów, którymi można by się pochwalić przed szerszą sportową widownią, a nie tylko w gronie działaczy i zapaleńców. Przez prawie rok nie udało się zdobyć żadnego dużego sponsora, dzięki któremu takie sukcesy można by odnieść, ale też siły zaangażowane w jego poszukiwanie były co najwyżej skromne. Powód? Brak pieniędzy na rozruch. Koło rozpaczy się zamyka, odważnych i mądrych, którzy umieli by je przerwać – brak.
CO BĘDZIE: PZKosz zmierza (szybciej lub wolniej) w kierunku bankructwa i (której to już!) kompromitacji. Związek może postawić na nogi tylko (i przyznają to sami działacze, piękna szczerość) awaryjne dofinansowanie ze strony politycznie kierowanej spółki Skarbu Państwa. W pozyskanie sponsora głównego „z rynku” nie wierzy absolutnie nikt. Jeśli związek straci finansową płynność (a to może nastąpić jutro, albo wcale – wszystko w rękach wierzycieli oraz działaczy) to będziemy mieli nowe wybory, w których szanse obecnie rządzących na reelekcję nie są zbyt duże. Opozycja, której medialnym liderem jest Tomas Pacesas, a zapleczem grupa skupiona wokół Dariusza Kowalczyka i Romana Ludwiczuka, już szykuje się do walki o władzę. Niestety, są to ci sami ludzie, którzy w styczniu pożegnali się z wpływami. Jeśli więc wróci stare, to dlatego, że nowe już było.
Podsumowanie jest niestety smutne. W 2011 rok wchodziliśmy z nadzieją na pozytywne zmiany – odchodził prezes Ludwiczuk, nie było już trenera Griszczuka i prezesa Wierzbowskiego. Wydawało się, że gorzej już być nie może. Niestety, zamiast wielkiej, pozytywnej rewolucji mamy kolejną powtórkę z rozrywki. Nie jest chyba jeszcze gorzej, ale miało być znacznie lepiej.
Nigdy nie miałem wielkich złudzeń, że nowa władza dokona rewolucji. Łudziłem się tylko, że małe pozytywne zmiany są możliwe. Niestety, wszystko zostało po staremu – mnóstwo zła przykryło kilka dobrych ruchów. Gdybym chciał wyliczać wszystkie wpadki, a także wymieniać rzeczy dobre, pewnie nie starczyłoby mi dnia, a wolę poświęcić czas na coś fajniejszego. Dlatego tych skrupulatnych odsyłam na Forum Basketa – tam, na kolejnych stronach, wszystko jest.
To wszystko, co napisałem, skłoniło mnie do podjęcia pewnej decyzji. Polska koszykówka? Ja wysiadam. Jest tyle świetnego basketu wokół – NBA, Euroliga, Liga Endesa… Nie widzę powodów innych niż towarzyskie, dla których miałbym katować swoje oczy meczami PLK, zaczytywać się w statystykach pierwszej ligi czy śledzić rywalizację skacowanych weteranów z nastolatkami na drugoligowym froncie. Z wiekiem coraz mniej we mnie zapału. Przestaje tolerować przaśność i swojskość jako argument za. Bardziej niż kiedyś oczekuje widowiska i komfortu. Myślę, że nie jestem w tym osamotniony.
PS. Gdzieś tam, na marginesie wszystkiego, umiera koszykówka w stolicy. Mieliśmy od 1989 roku w Warszawie klub walczący i zdobywający medale, była fundacja szkoląca młodzież i momentami dwie drużyny w ekstraklasie, niedługo nie będzie niczego. Szkoda.
PS2. Od 1 stycznia dojdzie mi sporo nowych obowiązków, więc nie spodziewam się, abym miał czas na blogowanie. No chyba, że nauczę się robić sondy, konkursy i wklejać filmiki. Ale nie sądzę. Nie mówię zatem żegnam, ale do widzenia jest jak najbardziej na miejscu. Tli się we mnie nadzieja, że będę miał kiedyś do czego wracać…