wtorek, 27 grudnia 2011

Podsumowanie 2011

Bardzo długo nic nie pisałem, wiem. Przyczyny są dwie – brak czasu i brak cennej u blogerów umiejętności wrzucania postów praktycznie o niczym – sond, konkursów teledysków, zdjęć z jednozdaniowym opisem czy banałów, które można znaleźć gdzieś indziej. Niestety, nie umiem tak i dlatego piszę sporadycznie, ale za to sporo i zawsze od siebie. Tak lubię.

Koniec roku to tradycyjny czas podsumowań, także i na moim blogu. Aby było mi łatwiej pisać, a wam czytać, podzieliłem wpis na kilka bloków tematycznych. Enjoy!

Reprezentacja: Z małej chmury średni deszcz

BYŁO: W 2011 wchodziliśmy w fatalnych nastrojach – brak trenera, kac po Griszczuku, miejsce na ME przyznane przy stoliku. Najważniejszym wydarzeniem pierwszej połowy roku był jak zwykle wybór trenera. Decyzja o zatrudnieniu Alesa Pipana została przyjęta z rezerwą. Złożyło się na to kilka czynników. Jak zwykle „negocjacje i rozmowy” przeciągały się w nieskończoność, wypływały kolejne nazwiska (Repesa, Zdovc), a czasu było coraz mniej. W końcu, w myśl zasady „jaki pan, taki kram”, zatrudniono Pipana – trenera jak na Europę przeciętnego, który w Polsce furory nie zrobił. Słoweniec od początku miał pod górkę, bo dostał zespół wybrakowany – bez Gortata, Lampego, Logana, Ignerskiego, Szubargi i z wracającym po urazie Kelatim. Mimo to jego „kadra B” na Eurobaskecie zaprezentowała się przyzwoicie, a zwycięstwo z Turcją było wydarzeniem ogólnosportowym. Te wyniki skłoniły PZKosz do przedłużenia umowy z Pipanem. Na razie jednak wszystko pozostaje w sferze deklaracji. Strony niby są dogadane, ale podpisów nie ma. Jak zwykle.

CO DALEJ: Na mieście mówi się, że Polska ma w lipcu rozegrać dwa sparingi z Chinami w Warszawie, a także turniej w Trójmieście (Ergo Arena) z udziałem hm… jednej ekipy silnej i dwóch do ogrania. Jak zwykle wszyscy koszykarze deklarują, że reprezentacja to dla nich priorytet i jak zwykle słowa te można włożyć między bajki. Jeśli będą zdrowi i będzie im się to opłacać, przyjadą. Pewnie jak zwykle wszystko wyjaśni się za pięć dwunasta.

Zanim przejdę do podsumowania tego, co działo się w PLK i PZKosz, jedna arcyważna uwaga. Na całkowity obraz działań obu tych organizacji w sposób zdecydowanie negatywny (delikatnie mówiąc) rzutuje ABSOLUTNIE SKANDALICZNA decyzja o zwolnieniu Asseco Prokomu z pierwszej rundy, która dziwnym trafem zbiegła się z przedłużeniem przez Prokom umowy na sponsorowanie kadry. Ludzie, którzy się na to zgodzili, już na zawsze będą mieli w moich oczach skazę. Technokracja i biznes? Tak. Czyste ręce, sportowa rywalizacja? Absolutnie nie.

PLK: Przybyło pieniędzy, problemy zostały

CO BYŁO: Liga doprowadziła do końca rozgrywki sezonu 2010/11, a potem – po raz pierwszy absolutnie niezależnie od starych władz, od początku do końca – zaplanowała i prowadzi rozgrywki sezonu 2011/12. Hasłem przewodnim było wprowadzenie ligi kontraktowej czyli w skrócie trzy lata bezpiecznej gry w TBL dla klubów, które przejdą ostrą weryfikację budżetów, plus promocja Polaków. Założenia piękne (jak zwykle) ale rzeczywistość trzeszczy (też jak zwykle). Na półmetku ligi mamy dwóch bankrutów (Politechnika, ŁKS) oraz co najmniej kilka drużyn balansujących na granicy finansowej stabilności. Pozwala to stwierdzić, że przyjęty przed sezonem sposób weryfikacji budżetów okazał się w praktyce niewypałem. Udało się za to wprowadzić na parkiety wielu młodych polskich graczy, choć słusznie podnoszona jest uwaga, że to być może w większym stopniu zasługa ich talentu (rocznik 93’) i ubóstwa klubów niż ligi kontraktowej. Jedno (dla wszystkich, poza obowiązkowo optymistycznymi władzami ligi oczywiście) nie ulega wątpliwości – poziom rozgrywek, zwłaszcza w dolnej części tabeli, znacząco się po wprowadzeniu ligi kontraktowej obniżył. Mecze „rezerw i juniorów” to w Polsce norma, ale nie w trzecim miesiącu gry, tylko w kwietniu. Na plus można zapisać większą obecność ligi w TV (za pośrednictwem TVP Sport i PLK.TV) choć jakość tych transmisji wciąż pozostawia wiele do życzenia.

CO BĘDZIE: Dzięki wsparciu Taurona liga jest w tym momencie najbogatszym i najstabilniejszym finansowo koszykarskim ośrodkiem w Polsce. Dawno, bardzo dawno tak nie było. Ostatnio (a więc za czasów Lecha i Ery) środki wówczas uzyskane nie zostały zainwestowane, tylko przejedzone wspólnie przez wierchuszkę ligi i kluby, co ostatecznie doprowadziło do finansowej klęski PLK pod zarządem Janusza Wierzbowskiego. Czy obecna wyciągnie wnioski z tych błędów? Pytanie to pozostaje na razie bez odpowiedzi, ale lata doświadczeń każą zachowywać urzędowy pesymizm.

PZKosz: Było źle, będzie gorzej?

BYŁO: A właściwie miało być tak pięknie, a wyszło jak zawsze. Ekipa „Nowego PZKosz” pod wodzą Grzegorza Bachańskiego objęła władzę w lutym i po prawie roku swoich rządów straciła absolutnie cały (dodajmy, że niewielki) kapitał zaufania, jaki miała w styczniu u ludzi nie związanych z nią finansowo bądź stołkowo. Kula u szyi w postaci kobiecego Eurobasketu i długów, jakie ta impreza niosła za sobą, okazała się zabójcza. Faktem jest, że za powstałe przy okazji tych ME długi odpowiada przede wszystkim Roman Ludwiczuk, ale nowa ekipa widząc je, nie zrejterowała tylko zdecydowała się podjąć rękawicę. Dlatego teraz cierpi (co podkreśla na okrągło w mediach), ale pamiętajmy, że nie cierpi za darmo, a argumenty w stylu „poza koszykówką mógłbym zarabiać więcej” są fajne, ale niesprawdzalne i nie mogą być usprawiedliwieniem dla fury błędów i zaniechań. Pod koniec 2011 roku PZKosz jako organizacja nie ma żadnych znaczących sukcesów, którymi można by się pochwalić przed szerszą sportową widownią, a nie tylko w gronie działaczy i zapaleńców. Przez prawie rok nie udało się zdobyć żadnego dużego sponsora, dzięki któremu takie sukcesy można by odnieść, ale też siły zaangażowane w jego poszukiwanie były co najwyżej skromne. Powód? Brak pieniędzy na rozruch. Koło rozpaczy się zamyka, odważnych i mądrych, którzy umieli by je przerwać – brak.

CO BĘDZIE: PZKosz zmierza (szybciej lub wolniej) w kierunku bankructwa i (której to już!) kompromitacji. Związek może postawić na nogi tylko (i przyznają to sami działacze, piękna szczerość) awaryjne dofinansowanie ze strony politycznie kierowanej spółki Skarbu Państwa. W pozyskanie sponsora głównego „z rynku” nie wierzy absolutnie nikt. Jeśli związek straci finansową płynność (a to może nastąpić jutro, albo wcale – wszystko w rękach wierzycieli oraz działaczy) to będziemy mieli nowe wybory, w których szanse obecnie rządzących na reelekcję nie są zbyt duże. Opozycja, której medialnym liderem jest Tomas Pacesas, a zapleczem grupa skupiona wokół Dariusza Kowalczyka i Romana Ludwiczuka, już szykuje się do walki o władzę. Niestety, są to ci sami ludzie, którzy w styczniu pożegnali się z wpływami. Jeśli więc wróci stare, to dlatego, że nowe już było.

Podsumowanie jest niestety smutne. W 2011 rok wchodziliśmy z nadzieją na pozytywne zmiany – odchodził prezes Ludwiczuk, nie było już trenera Griszczuka i prezesa Wierzbowskiego. Wydawało się, że gorzej już być nie może. Niestety, zamiast wielkiej, pozytywnej rewolucji mamy kolejną powtórkę z rozrywki. Nie jest chyba jeszcze gorzej, ale miało być znacznie lepiej.

Nigdy nie miałem wielkich złudzeń, że nowa władza dokona rewolucji. Łudziłem się tylko, że małe pozytywne zmiany są możliwe. Niestety, wszystko zostało po staremu – mnóstwo zła przykryło kilka dobrych ruchów. Gdybym chciał wyliczać wszystkie wpadki, a także wymieniać rzeczy dobre, pewnie nie starczyłoby mi dnia, a wolę poświęcić czas na coś fajniejszego. Dlatego tych skrupulatnych odsyłam na Forum Basketa – tam, na kolejnych stronach, wszystko jest.

To wszystko, co napisałem, skłoniło mnie do podjęcia pewnej decyzji. Polska koszykówka? Ja wysiadam. Jest tyle świetnego basketu wokół – NBA, Euroliga, Liga Endesa… Nie widzę powodów innych niż towarzyskie, dla których miałbym katować swoje oczy meczami PLK, zaczytywać się w statystykach pierwszej ligi czy śledzić rywalizację skacowanych weteranów z nastolatkami na drugoligowym froncie. Z wiekiem coraz mniej we mnie zapału. Przestaje tolerować przaśność i swojskość jako argument za. Bardziej niż kiedyś oczekuje widowiska i komfortu. Myślę, że nie jestem w tym osamotniony.

PS. Gdzieś tam, na marginesie wszystkiego, umiera koszykówka w stolicy. Mieliśmy od 1989 roku w Warszawie klub walczący i zdobywający medale, była fundacja szkoląca młodzież i momentami dwie drużyny w ekstraklasie, niedługo nie będzie niczego. Szkoda.

PS2. Od 1 stycznia dojdzie mi sporo nowych obowiązków, więc nie spodziewam się, abym miał czas na blogowanie. No chyba, że nauczę się robić sondy, konkursy i wklejać filmiki. Ale nie sądzę. Nie mówię zatem żegnam, ale do widzenia jest jak najbardziej na miejscu. Tli się we mnie nadzieja, że będę miał kiedyś do czego wracać…

poniedziałek, 28 listopada 2011

Czas nadrobić zaległości

Nie miałem ostatnio czasu pisać, więc zebrało się sporo spraw. Po kolei więc. Na początek ciekawostka. Dostałem na maila takie „coś”:

Szanowny Panie Piotrze
Jestem stałym czytelnikiem Pańskiego blogu i fanem koszykówki. Niestety, w naszej koszykówce ostatnio źle się dzieje. Dziwiło mnie, że tak mało się o tym mówi, ale pewnego razu natknąłem się na tekst red. Widlstaina o domykaniu się systemu medialnego. Mam wrażenie, że to samo mamy w koszykówce. Nie gryzie się ręki, która karmi. Przecież p. Cegliński pracuje dla PLK, p. Wojczyński prowadzi portal dyrektora z PZKosz, a dziennikarze TVP nie mogą pluć na Taurona, bo wylądują na dywaniku. Tak samo p. Romański publikuje swoje felietony w miesięczniku MVP i są one nieobiektywne. Nie dziwię się zatem, że słuszne uwagi Trenera Tomasa Pacesasa są przemilczywane. Istna Białoruś. Liczę, że opublikuje pan mój list.

Długo zastanawiałem się, czy opublikować ten „list”, bo autor nie był łaskaw się podpisać, a mail też był chyba jednorazowy. Jednak stwierdziłem, że warto, aby przy jego okazji wyjaśnić kilka spraw ludziom, którzy na Forum Basketa zarzucają koszykarskiemu środowisku dziennikarskiemu przemilczanie niewygodnych tematów w zamian za profity ze strony działaczy.

To, że ktoś jest dziennikarzem i jednocześnie wykonuje jakieś prace na rzecz ligi czy klubu, jest w Polsce normą i w innych dyscyplinach zdarza się o wiele częściej, niż w koszykówce. Taki układ daje korzyści obu stronom. Organizacje sportowe budują sobie w ten sposób dobry PR, a dziennikarze zyskują materiały i informacje lepsze, niż ma konkurencja. Przenosząc to na nasze, koszykarskie podwórko - Łukasz Cegliński dzięki pracy dla PLK TV ma możliwość napisania tekstów, które trudno mu by było napisać zza biurka, na czym zyskuje Gazeta Wyborcza. Podobnie wygląda sytuacja w przypadku Jakuba Wojczyńskiego, PolskiegoKosza i „Przeglądu”. Praca w.w. dziennikarzy poza macierzystą redakcją odbywa się za aprobatą przełożonych, którzy mają w założeniu dbać o to, aby dziennikarz nie przekroczył cienkiej czerwonej linii. Czy i jak dbają – rzecz na inną dyskusję, ale „czarne owce” zdarzają się rzadko.

Wiele osób uzna takie związki za patologię i coś arcyzłego, a co najmniej niemoralnego. No cóż, wilcze prawo czytelnika. Z ludźmi, którzy tak twierdzą, nie zamierzam dyskutować, bo byłaby to dyskusja jałowa – nie zgadzam się z tym poglądem i tyle, moje prawo. Tym najbardziej „oburzonym” doradzam jedynie słuszną taktykę – nie czytać, nie klikać, bojkotować „sprzedajne” media, aż upadną, a w ich miejsce tworzyć swoje, obiektywne i niezależne, choćby blogi takie jak ten. Media to dziś normalne prywatne firmy, a w takich klienci podejmują decyzje – portfelami lub klikami. Dotyczy to także tego bloga, choć akurat ja mam obecnie ten komfort, że z PLK ani PZKosz obecnie nie współpracuje, a wręcz przeciwnie.

W przypadku miesięcznika MVP sprawa wygląda trochę inaczej – liga płaci za swoje strony i może tam zamieszczać co chce, nie patrząc na opinie redakcji i dobierając sobie „wygodnych” autorów, co zresztą ma miejsce. Czysty biznes. Tak samo jest w przypadku bloga Tomasa Pacesasa, który pisze sobie co chce i jak chce, bo jest na swoim.

A skoro już jesteśmy przy blogu…

Wielu kibiców traktuje wpisy Pacesasa jak prawdę objawioną. Tymczasem 90% z tego, co do tej pory napisał trener mistrzów Polski, można wyguglać w ciągu 5 minut. Wpisy Pacesasa to stara PR-owa sztuczka – weźmy kilka znanych, choć lekko zapomnianych faktów, podlejmy ostrym sosem oburzenia, dołóżmy znane nazwisko i cyk, mamy hit. Brakuje tylko gołej baby…

Stawiam dolary przeciw orzechom, że Litwin (i jego poplecznicy) wiedzą znacznie, znacznie więcej, ale boją się to napisać, bo naraziliby się na realne konsekwencje prawne lub co najmniej środowiskowy ostracyzm.

Jednak Pacesas & co., nawet odgrzewając stare kotlety, w wielu miejscach mają rację i dzięki temu osiągają swój cel, jakim jest obrzucenie błotem tzw. nowego PZKosz. A nowemu PZKosz bolesną czkawką odbija się słynny program wyborczy, pełen pustych haseł i sloganów. Coś, co było wygodne podczas kampanii, teraz strasznie uwiera. Dlaczego? Przy takiej ilości ogólników można się przyczepić praktycznie do wszystkiego; zwłaszcza hasła o odnowie moralnej okazują się bronią obosieczną. Dodatkowo, tzw. nowy PZKosz chętnie sam, z własnej nieprzymuszonej woli wystawia się na kolejne klapsy. Nominując Zbigniewa Szpilewskiego na szefa Wydziału Sędziowskiego prezes Bachański musiał się liczyć z tym, że ktoś wyciągnie z archiwum słynne zarzuty o „grupie Megane”. Takich przykładów jest więcej.

Dlaczego zatem PZKosz siedzi cicho i pozwala się opluwać?

Po pierwsze, Grzegorz Bachański nie jest człowiekiem, który by się takimi rzeczami zbytnio przejmował. Taki charakter. Przyznają to jego współpracownicy, którzy myślą inaczej niż on, ale lojalność nakazuje im postępować tak, jak chce szef.

Po drugie, Pacesas pisze tak jednostronnie, że nie trzeba wiele talentu, aby to obnażyć. Patrz Leszek Karwowski. Strzałami z kapiszonowca można przestraszyć dzieci w parku, ale nie da się zatopić fregaty.

Po trzecie, najważniejsze. Aby dać REALNY odpór wrogom i „ocieplić wizerunek”, nie wystarczy założyć bloga Tomasa Pacesasa a rebours, czy ponarzekać w mediach. Trzeba zrobić zdecydowanie więcej w zakresie PR. Co? Ludzie w PZKosz dobrze wiedzą co należy zrobić, ale nic nie robią, bo nie mają na to pieniędzy. Po prostu. A kto nie ma miedzi, ten cicho siedzi.

A jeśli już jesteśmy przy pieniądzach…

Pacesas na swoim blogu poruszył kwestię zadłużenia PZKosz. Nie wspomniał oczywiście, że za większość tych długów współodpowiada Roman Ludwiczuk, ale to nie pasowało do układanki. Zostawiając jednak na chwilę temat przyczyn, chciałbym się skupić na skutkach. Jakub Kacprzak pytał się ostatnio, czy PZKosz może zbankrutować. Oczywiście, że tak, ale to bardzo mało prawdopodobne. Dlaczego? Bo duża część ze związkowych długów straszy, ale… tylko na papierze. Czy komornicy szturmują biura przy Ciołka? Nic o tym nie wiem. Mamy takie czasy, że często firmy, którym PZKosz jest winny większe lub mniejsze pieniądze, wolą się układać (patrz Bonivest) albo ograniczają się do przypominana o swojej obecności, żeby nie spalić za sobą mostów (patrz Gryka Serwis). W najgorszym wypadku zawiera się ugodę sądową i jest spokój. W tej sytuacji o bankructwie nie może być mowy. Jeśli PZKosz rozliczy się z dotacji ministerialnej i będzie mieć na pensje dla etatowych pracowników (brak pensji – możliwy bunt na pokładzie), może spać spokojnie.

Na koniec plotka, którą powtarza się ostatnio coraz częściej. Oto bliżej niezidentyfikowana grupa przeciwników obecnych władz PLK i PZKosz chciałaby, za poparciem ministra sportu, założyć własną ligę. Wariantów tej plotki i nazwisk wokół niej krążących jest kilka. Ja uważam, że to humbug. Pomijając nawet kwestie formalne, jest jedna sprawa, której nie da się przeskoczyć. Pieniądze. Żeby zrobić „nową ligę” trzeba mieć kilka milionów złotych do wydania „na zaraz”. Nie widzę w Polsce firmy, nawet państwowej, która wyłożyłaby takie pieniądze na przedsięwzięcie o tak dużym stopniu ryzyka. No chyba, że mam takiej firmy szukać poza Polską. Jednak teoria o polskiej lidze za rosyjskie pieniądze jest dla mnie równie wiarygodna, jak smoleńskie hipotezy Antoniego Macierewicza.

PS. Korespondentów, którzy zaczepiają mnie co jakiś czas bo uważają, że uda mi się dokonać cudu i odzyskać ich pieniądze, muszę zmartwić – nie udało się, a ja nie mam zamiaru dalej kopać się z koniem. Napisałem, pytałem, naciskałem… nie ma odzewu. Na większą upierdliwość nie mam ani czasu, ani ochoty. Jeśli macie papier, idźcie z nim do komornika i walczcie – prawo jest po waszej stronie. Jeśli się boicie, bójcie się dalej. Jeśli wam się nie chce „iść do sądu za kilka stów…” no cóż. Nie liczcie, że was wyręczę. I tak już zrobiłem więcej, niż wasi szefowie.

środa, 9 listopada 2011

Quo vadis Asseco?

Dezercja Alonzo Gee, kara PLK dla Tomasa Pacesasa, ostra odpowiedź tegoż, konflikt Litwina z Ryszardem Krauze, fatalna forma mistrzów Polski… Uff, sporo tego. Jak to usystematyzować? Na początek fakty:

- Walka o awans w Eurolidze i VTB jest przegrana. - W sporcie cuda się zdarzają, ale musimy być realistami. Jesteśmy w trudnym momencie, zespół nam się rozsypał, a w takich warunkach ciężko o sukcesy w Europie - przyznaje na łamach GW prezes Asseco, pan Sęczkowski i to chyba wszystko wyjaśnia.

- Jest mnóstwo czasu na zmiany. Asseco wraca do gry w PLK 26 lutego, a okienko zamyka się dopiero 23 marca, a więc na trzy kolejki przed końcem rywalizacji w szóstkach.

- Niezależnie od wyniku rywalizacji w PLK, Asseco zagra w Eurolidze. - Mamy licencję A na najbliższy sezon i jeszcze kolejny - mówił w czerwcu właściciel Prokomu Ryszard Krauze (też w GW).

Przebieg sytuacji będzie zależał od kilku czynników:

- Rezerwy budżetowe klubu i nastrój Ryszarda Krauze. Odejście Gee zwolniło w budżecie kwotę ok. 50-60 tysięcy dolarów na miesiąc (wyłącznie szacunek, żadnego tajnego info nie mam, ale kwota na pewno jest znacząca). To na pewno starczy na jednego dobrego gracza, ale potrzeby, jakie zgłasza w mediach Pacesas, są znacznie większe. Czy zostaną one spełnione? To zależy od tego, czy…

- Ryszard Krauze wciąż gra w jednej drużynie z Tomasem Pacesasem. Sygnały, jakie dochodzą z Gdyni mówią jednoznacznie – Litwin w ostatnich miesiącach bardzo stracił w oczach sponsora klubu. Dlaczego podgryza rękę, która go karmi? Pamiętajmy, że od kilku miesięcy krąży plotka o tym, że Asseco i Trefl miałyby się wkrótce (być może już tego lata) połączyć. W takim układzie dla Litwina w Trójmieście nie byłoby miejsca i Pacesas dobrze o tym wie. Dlatego szuka sobie nowego miejsca, zarówno w Polsce jak i za granicą. Pogląd o rozłamie między RK i TP zdaje się też potwierdzać decyzja o karze, jaką za teksty na blogu nałożyła na trenera Asseco Polska Liga Koszykówki (a więc twór, na którego prace – oczywiście pośrednio, choćby rękami PZKosz – RK ma wpływ). Wojownicza odpowiedź na tą sankcję (Jeśli moje odwołanie nie zostanie uwzględnione pójdę dalej i podam PLK oraz PZKosz do sądu. Nie zaprzestanę również pisania prawdy. Już teraz zapraszam w czwartek do lektury mojego kolejnego bloga – TP dla PAP) zdaje się być ostatecznym dowodem na konflikt.

Biorąc to pod uwagę, można zaryzykować tezę, że Krauze nie będzie sobie wypruwać kieszeni, by ratować Asseco. A to oznacza, że ekstra kasy raczej na pewno nie będzie i Pacesas zostaje tylko z tym, co zostało po Gee. Czy kupi za to wartościowych zmienników? To w dużej mierze zależy od…

- Sytuacji w NBA. Ten tekst powstaje na godziny przed upłynięciem terminu ultimatum, jakie zawodnikom postawił David Stern. Jeśli gracze NBA nie przyjmą jego oferty, raczej na pewno nie zobaczymy gwiazd na parkiecie przed Nowym Rokiem, a być może sezonu nie będzie wcale. To diametralnie zmieniłoby sytuację na europejskim rynku wolnych zawodników i sprawiłoby, że wybór – za posiadane przez Asseco pieniądze - byłby znacznie większy. Oczywiście gwiazd pierwszej wielkości nie ma się co w 3Mieście spodziewać, ale dwóch solidnych weteranów, robiących różnicę w PLK, za 25-30 tysięcy miesięcznie, od 1 lutego do 1 czerwca? Jestem to sobie w stanie wyobrazić. A co, jeśli sezon NBA ruszy? Sytuacja Asseco będzie gorsza, bo te kilka-kilkanaście klubów w Europie, które trzymają kasę na „lockautową wyprzedaż”, będzie musiało ją wydać i podniesie tym samym cenę zawodników drugiego i trzeciego sortu.

Jakie są zatem możliwe scenariusze? Najbardziej realny można streścić jako Pacesas gra tym, co ma i niech się wykaże. Pieniądze zaoszczędzone na Gee idą na jednego/dwóch nowych zawodników. W takim układzie Asseco wciąż jest jednym z faworytów ligi, ale dziś ciężko powiedzieć, czy będzie mieć tą „gwiazdorską przewagę” jaką gwarantowali w ostatnich latach Woods, Logan czy Ewing.

To moim zdaniem najbardziej prawdopodobne rozwiązanie. Nie spodziewam się dramatycznych ruchów ani w jedną (pieniądze Gee znikają, jak on sam) ani w drugą (RK dorzuca milion euro na Shannona Browna, Troya Murphyego i Leona Powe’a – nazwiska przypadkowe) stronę. Jednak, jak mawia klasyk, sytuacja jest dynamiczna i żadnego, nawet dziś zupełnie nierealnego (zwolnienie Pacesasa, przyjazd gwiazdy z NBA już teraz etc.) scenariusza wykluczyć nie można.

PS. Na marginesie. Asseco nie gra w PLK, a i tak jest na czołówkach gazet, obok tak pięknych i budujących polski basket słów jak "ucieczka", "kara", "porażka", "podanie do sądu" itp.